Bardzo lubię oglądać filmy. Jednak jest ich tak wiele, że nieraz mam trudności z zapamiętaniem tytułów. Nie lubię jednak nijakości, myślę, że aby film mi się spodobał musi zainteresować, zaintrygować mnie przedstawianą historią. Najlepiej gdy ma przesłanie nad, którym można się zastanawiać i dzięki niemu wzbogacić swój światopogląd. Ostatnio np. oglądałam świetny film na podstawie opowiadania Philipa Dicka „Władcy umysłów”.
W filmie najważniejszy jest dobry scenariusz (pewnie, dlatego tak popularne są adaptacje książek). W światowej kinematografii można spotkać wiele przykładów wspaniałych opowieści przedstawionych za pomocą obrazu, a czy tak jest u nas?
Z tym jest dużo gorzej.
Coraz częściej w polskim kinie widać, że chcemy filmy robić, ale nie koniecznie mammy na to pomysł. Komedie są miałkie, żarty oklepane i mało śmieszne, sensacje są przewidywalne, a intrygi ograne (są wyjątki i to na skalę światową np. „Essential Killing”), lecz reguła jest niestety zachowana. Filmy, które nam dobrze wychodzą to dramaty, a najlepiej psychologiczne. Ukazanie polskiej, smutnej rzeczywistości, tragedii jakiejś rodziny, czy wszechobecnej beznadziei jest specjalnością naszych twórców.
Bardzo trafnie obraz polskiego kina ukazuje agencja Clemenger BBDO promująca Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Melbourne.
Długo, długo, dłuuuugo nie pisałam. Zapewne, dlatego, że dużo się zdarzyło, albo ponieważ od dłuższego czasu nie zdarzyło się nic bardzo istotnego. Nie nie, to chyba przez to, że jest już ciepło, jest mi co raz lepiej i mam ochotę tylko leżeć na łące lub spacerować po lesie.
Wszystkie te powody są prawdziwe, ale najprawdopodobniej chodzi o to, że…
Jestem spod ognistego zodiaku barana i taki właśnie mam temperament. Tak jest od dziecka. Jak się do czegoś zapalę żyje tym cały czas, płonę z podniecenia i mogę po nocach robić to, co sobie zaplanowałam, mam w tedy na to wielką ochotę, zapał i zawsze znajdę czas. Nic mi w tedy nie zamąci umysłu, mogę wszystko rzucić i zająć się tylko swoim zadaniem, myślę tylko o swoim celu i nic nie może mi stanąć na drodze, by go zrealizować. Pełna zapału z wypiekami na policzkach i językiem między zębami robię to, co sobie wymyśliłam, a każdy, kto mnie w tym momencie zobaczy, jest przekonany, że to dzieło mojego życia i w tym się właśnie spełniam. Ja sama jestem o tym święcie przekonana. Jestem w swoim żywiole i nikt nie jest w stanie mi tego odebrać.
Następuje jednak nieraz taki czas, w którym jest tyle przeciwności, że nie mogę osiągnąć wymarzonego celu i wtedy dochodzi do czegoś, czego nie znoszę: uchodzi ze mnie CAŁA energia, czuje się jak przekłuta piłka, z której ulatuje powietrze. Mam wrażenie, że mózg mi paruje, w tym momencie nic nie wiem, nic nie umiem i nic nie potrafię, nie jestem w stanie podjąć jakiejkolwiek decyzji. Stoję jak kołek i wiatr mi wieje między uszami, ta niemoc jest przerażająca.
W cechach charakteru mam też, niestety, wpisany „słomiany zapał”, co często wyraża się w jeden sposób: mam jakiś pomysł (a miewam je często), cieszę się nim, opowiadam o tym, co to ja zrobię i w jaki sposób, przygotowuję sobie całą logistykę, a gdy przychodzi do realizacji przestaje mnie to interesować. Porzucam swój dotychczasowy zamiar i za jakiś czas widzę, że robi to ktoś, komu o nim powiadałam (było już tak nie raz) wyrzucam sobie wtedy, że jednak miało to sens i mogłam w końcu to zrobić skoro już tak wszystko sobie obmyśliłam, ale cóż, trudno się mówi…
Chyba najgorsza jest dla mnie świadomość, że jestem zaprzeczeniem definicji uporządkowania, systematyczności, czy metodyczności. Czuję się jak lawa wpadająca do morza, z której zostaje tylko para.
Trudno się o tym czyta, ale jeszcze trudniej z tym żyć!
Z pisaniem było trochę inaczej, wpadłam w jedną ze swoich obsesji i nie mogłam myśleć o niczym innym.
Teraz powoli wchodzę na swoje tory i dlatego obiecuję poprawę (sobie i innym) :)
Artysta według Wikipedii „to osoba tworząca (wykonująca) przedmioty materialne, lub utwory niematerialne mające cechy dzieła sztuki.”
natomiast
„Dzieło sztuki - to całościowy i syntetyczny wytwór artystyczny o określonym sensie, charakteryzujący się wysokimi walorami estetycznymi (piękno). Poza funkcją estetyczną może pełnić również inne funkcje (np. wychowawczą, poznawczą, użytkową lub religijną). Jego twórcą jest człowiek - istota wyposażona w specyficzną wrażliwość (bez autora nie ma dzieła sztuki). Produkt ten stara się ukazać za pomocą określonej konwencji (formy) pewną rzeczywistość fizyczną lub psychiczną (treść). Dzieło sztuki ustanawia szczególny wgląd w świat widzialny lub emocjonalny, który może być wynikiem namysłu filozoficznego autora lub spontaniczną reakcją chwili.”
Zawsze uważałam, że na miano artysty trzeba sobie zasłużyć. Zrobić dzieło, które powali na kolana, zachwyci lub da do myślenia. Dziś natomiast jest wielu „artystów”, którzy TYLKO szokują, a tak naprawdę to, co robią nie ma większego sensu.
Zastanawiam się, czy widząc w galeriach „kupę artysty” powinniśmy się zachwycać i czy to jest sztuka?
Czy sam pomysł wystarczy, aby nazwać kogoś ARTYSTĄ?
Dało mi to do myślenia, gdy zobaczyłam, co robi Millie Brown. Ta „artystka” wymyśliła sobie sposób tworzenia obrazów. Ładna jest cała oprawa: w białym pokoju są dwie śpiewaczki (ubrane na biało) wykonują arie operowe, przychodzi Millie (ubrana na czarno), pije kolorowe mleko i… tu już gorzej (mi się zrobiło) wymiotuje na płótno!
Efekt tego jest nijaki, plamy tworzące obraz nie są warte podziwu, pewnie chodzi o sam efekt „tworzenia”. Ja jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jakby tego ładnie nie pokazać, rzyganie to nie artyzm! Ten performance raczej nie charakteryzuje się „wysokimi walorami estetycznymi”.
Wielkość artysty można pewnie poznać, po cenach, za jakie chodzą jego dzieła, prace Millie można kupić za 2400 dolarów.
Tutaj można podziwiać dzieło tworzenia.
Cóż, podobno o gustach się nie dyskutuje, ale przecież można się zastanawiać.
O innych, czyli o Was. Przepraszam i natychmiast się poprawiam.
Życzę wszystkim zdrowych, wesołych i bezstresowych Świąt Wielkanocnych. Nie dajcie się zwieść porządkowo – przygotowawczym pozorom, to naprawdę piękne święta, cieszcie się nimi :)
Święta tuż, tuż i znów przyjeżdża rodzina. Teraz siedzę i myślę, po co ja to sobie robię? No ale nic, słowo się powiedziało, „kobyłka u plota”, przyjadą na pewno, nie ma się co łudzić.
Przygotowania czas zacząć! Tak, już, zaraz, natychmiast. Wszyscy ludzie zaczynają od sprzątania, tylko, że to takie nudne i żmudne (a co najgorsze mam uczulenie na kurz), także zajmę się tym jutro - obiecuję.
Dziś zajęłam się króliczkami.
Bardzo lubię te święta, oprócz tego, że wszystko, na co mam uczulenie zaczyna kwitnąć i wyglądam jakby pokłuła mnie pokrzywa, to Wielkanoc kojarzy mi się przedewszystkim z upragnioną i wyczekiwaną wiosną, soczystą zielenią, kwiatkami i ciepłem :) Dziś myślałam nad wystrojem pokoju i oczywiście stołu (tzn. blatu kuchennego, który stoi na dwóch wielkich kolumnach, stołu nie posiadam). Wszystko musi być perfekcyjne (w miarę możliwości), gdyż (wiem z doświadczenia) będą obserwować i oceniać. Nie oczekuję pochwał (niestety, nie ma szans), ale poznam po minach, czy się podobało.
Zastanawiam się tylko, czy króliczek ma być leżący, czy stojący?
Jestem zdetronizowaną królową z Widzimisiej krainy, w której zarządzałam swoimi poddańczymi myślami. Niestety, nie wiedzieć kiedy moi poddani wydostali się spod kontroli, zbuntowali się przeciwko mnie i zostałam zesłana na banicję. Przybyłam na ten świat z planem uporządkowania wszystkich swoich spraw, powrotu do Widzimisiej krainy by przywrócić swoje dobre imię i dawny ład. Jest tylko jeden problem… ten chaos, który tu zastałam coraz bardziej mi się podoba.